poniedziałek, 6 sierpnia 2012

buty

Wczoraj kupiłam sobie nowe buty. Nie żebym potrzebowała, ale taką miałam ochotę :-)
Poza tym, wyprzedaż była :-)
Buty (i torebki i biżuteria) to taki mój zawór bezpieczeństwa jak jestem na diecie i niezawodny sposób na poprawienie sobie nastroju. Wychodzę z założenia, że ciuchów nie ma co kupować, bo zmieniam rozmiar, a stopa mi się nie zmieni.
Ale to co zrobiłam wczoraj to szaleństwo! Obcasy 15cm!

Założyłam od razu i przyznać muszę, że nawet wygodne :-) Ale tylko do trzech godzin ciągłego chodzenia :-(
Zanim przyjechałam do UK to śmigałam w takich butach cały czas...
Jak się tutaj musiałam przerzucić na płaskie (praca w domu opieki) to odchorowałam to strasznym i długotrwałym bólem nóg :-(
Od tamtej pory każda próba powrotu na obcasy kończyła się zawsze kilkoma dniami w opasce uciskowej :-(
Ale tym razem będzie dobrze, musi być, jestem cholernie zdeterminowana :-)
Obcasy na nogi, tenisówki do torebki  (aż tak rąbnięta nie jestem, żeby nie wziąć butów na wszelki wypadek), garść plastrów w kieszeń i do pracy marsz :-)

czwartek, 2 sierpnia 2012

Progress - dwutygodniowy misz-masz :-)

Odchudzanie idzie jakos do przodu. Nie tak szybko jak na poczatku, ale idzie. I to bez wiekszego wysilku z mojej strony: kalorii prawie nie licze, ale uwazam, zeby jesc tylko to, co mi wolno. Czesto gesto popelniam zbrodnie jedzenia obfitego posilku okolo polnocy. Popijam sobie czerwone wytrawne wino a czasem wodke - to mi wolno, chociaz chyba wolalabym piwo :-) Nieprocentowo pije herbaty w nie wiem ilu smakach, troche kawy, kranowke i lemoniade z limonka i swieza mieta. Glodna nie chodze :-) Na razie schudlam prawie 15 kilo, jak na dwa miesiace to chyba sporo.
Rozmiarowo wyglada to tak, ze musialam wymienic cala garderobe. Na szczescie, zawsze bylam typem "chomika" i tak latwo starych rzeczy nie wyrzucalam. Wystarczylo wyjac z walizek ubrania w rozmiarach 18 i 16, a na ich miejsce wrzucic wszystkie 20 i 22 :-) Byc moze sa tragicznie niemodne (niektore ciuchy maja po 4, 7 czy 8 lat), ale pasuja i dobrze sie w nich czuje :-) Jesli uda mi sie schudnac bardziej, to juz niestety bede sie musiala wykosztowac na nowe, bo nizej niz 16 nigdy nie bylam :-)
Remont sie przeciagnal. Ekipa rozbabrala co sie dalo, zwinela narzedzia i zapowiedziala, ze wroci za tydzien :-) Chlopcy sie wkurzyli, zadzwonili do landlorda i pogonili obibokow, a za remont wzieli sie sami :-)
Innymi slowy - przez ostatnie dwa tygodnie ja i M - druga baba w domu - bylysmy moze nie bezdomne, ale bezpokojowe :-) Tak jakos wyszlo, ze nasze pokoje ucierpialy najbardziej.
M spala w salonie, ja przystalam na propozycje A. i sprowadzilam sie do niego na strych. Ludzie jak sie dowiaduja, ze spie w jednym pokoju z facetem, to od razu mysla sobie nie wiadomo co, a ja naprawde tylko tam spie, w doslownym tego slowa znaczeniu.  Moj materac jest za szafa, w kaciku, poza tym A. pracuje na nocki, wiec wraca do domu jak ja wstaje.
A. jest zlota raczka i jak chce to potrafi w domu zrobic wszystko. Dwa dni temu poprosilam go o pomoc w zreperowaniu moich polek na ksiazki, ktore po kilku przeprowadzkach i nieostroznym traktowaniu zaczely przypominac raczej zbior przypadkowych desek niz polki :-( Przy czym zastrzeglam, ze nie chce, by zreperowal polki za mnie, ma mi tylko wytlumaczyc, co i jak, jakich narzedzi i elementow laczacych uzyc, powiedziec jak poslugiwac sie wiertarka (ostatnio wiertarke trzymalam w rekach, jak mialam moze osiem czy dziewiec lat) a ja zrobie wszystko sama. Zabawe mialam przednia, lepsza niz w klubie dwa tygodnie wczesniej, A. okazal sie dobrym nauczycielem, a ja podobno pojetna uczennica :-) Komode zreperuje juz sobie sama :-)
Kombinuje z jedzeniem. Staram sie ta bardzo jakby na to nie patrzec uboga diete urozmaicac. Kupuje rozne oleje do smazenia. moj faworyt na razie to olej sezamowy. Kupilam sobie patelnie do grilowania. Smazy sie na niej rewelacyjnie, tylko mycie jest troche problematyczne. Przestalam przawie solic warzywa i nawet jajka na twardo jem bez soli. Przypraw uzywam tylko do miesa.
Jako dziecko nie lubilam pomidorow. Dzis moglabym je jesc caly czas. Tak samo, jako dziecko nie wypilabym napoju z dodatkiem miety, a dzis nie wyobrazam sobie lemoniady bez kilku wkruszonych listkow :-)
Jedyna zla rzecz, to to ze zauwazylam, ze bardzo latwo robia mi sie siniaki, zwlaszcza na rekach. Jest lato, chodze w krotkich rekawkach, a wygladam, jak ofiara przemocy domowej :-( Czy ktos wie jak z tym walczyc? Bo jezeli wezmiemy pod uwage fakt, ze jestem straszna niezdara i na sciany, drzwi czy framugi wpadam nawet jak jestem trzezwa, ze o na rauszu nie wspomne, to zapobiec i uniknac sie raczej nie da :-(

poniedziałek, 16 lipca 2012

cos milego:-)

czasami, dla odmiany po tych wszystkich okropnych wiadomosciach, fajnie jest dla odmiany przeczytac cos optymistycznego:
 
Kliknij tutaj 

A tu skrot artykulu, po polsku:

Cztery kocieta zostaly ocalone, gdy pracownicy zlomowiska w Birmingham uslyszeli miauczenie dobiegajace z majacego za kilka sekund ulec zgnieceniu Porsche944.
Zatrzymano maszyny, a pracownicy podwazyli bagaznik, gdzie, obok kola zapasowego znalezli cztery male wychudzone i oslabione kotki.
Samochod stal na zlomowisku przez dwa tygodnie. W tym czasie jakas okoliczna dzika kotka wybrala go sobie na porod, a potem najprawdopodobniej porzucila kocieta, ktore byly slabe i niedozywione.
Kocieta, nakarmione i odchuchane, mieszkaja teraz w biurze kierownika, gdzie czekaja na adopcje:-)
Czy nie robi sie od razu cieplej na sercu, jak slyszy sie takie historie?

Duperele


Pomiedzy praca, weekendem na wyjezdzie, dojazdami do pracy, szykowaniem sie do remontu, w zasadzie ledwo znajduje czas zeby sobie normalnie “pozyc”.
Najbardziej mnie ten remont dobija – przeprowadzilam sie poltora miesiaca temu, i ledwo zdazylam sie rozpakowac i zdecydowac jak chce miec urzadzony pokoj, kiedy landlord zarzadzil remont. Wszystkie, co dopiero rozstawione i ulozone meble i  inne przedmioty musza byc usuniete z pokoju. Wiekszosc juz spakowalam i wstawilam do piwnicy, dzisiaj koncowka pakowania, a jutro remont.
Bogu dziekowac, ze jest to robione z glowa – jeden pokoj na raz, bo inaczej mielibysmy straszny zgryz co ze soba zrobic i gdzie spac. I tak jutro czeka mnie noc w salonie, ale jakos to przezyje – sofa wygodna, a ja spalam gorzej.  Pamietam, jak mieszkalam w Huddersfield, podczas remontu musialam spac w pracy:-) Bogu dziekowac, pracowalam na nocki w domu opieki – zawsze byl jakis wolny pokoj.
Mam tyle rzeczy do napisania – recenzje dwoch filmow, wycieczka, dwa naszkicowane posty o Wakefield i okolicach, a po prostu nie mam czasu:-(
Najbardziej przeraza mnie brak snu – spie po cztery, piec godzin na dobe od okolo dwoch tygodni.
Jest w tym jednak duzo mojej winy: moi wspollokatorzy sa tak fajni, ze spedzam z nimi godziny na gadaniu, zamiast robieniu czegokolwiek uzytecznego:-)
Ale z tego to sie akurat ciesze – na poprzednim mieszkaniu strasznie „zdziczalam”, wrecz unikalam moich wspollokatorow. A tu mam wesolo i ciekawie. Innymi slowy – cos za cos. Pomimo stalego braku czasu i niedosypiania czuje sie na nowych smieciach o wiele bardziej zadowolona z zycia i zrelaksowana:-)

piątek, 13 lipca 2012

Nice


Takie ladne slowko. Wydawaloby sie- takie ladne, pogodne slowko: ‘nice’ – mily.
Mam alergie na slowko ‘nice’. We wtorek wkurzylam sie ostatecznie i dalam uczniom zakaz uzywania slowka ‘nice’. Ma wypasc z ich angielskiego slownika, tak jak poprzednio zwrot ‘that’s it’.
Informujace o powyzszych zakazach plakaty powiesilam na scianie, na lewo od tablicy – nie da sie przegapic:

Pewnie teraz myslicie ze mi odbilo. Ze jezeli juz, to takie plakaty powinnam wywiesic ze slowkiem ‘f*ck’, a mi przeszkadzaja glupie ‘nice’ i ‘that’s it’
Juz tlumacze.
Ja po prostu bardzo, ale to bardzo chce, zeby moi uczniowie zdali egzamin. A ze egzamin jest krotki – ok. 18 do 20 minut na pare, to, po odjeciu czasu w ktorym mowi egzaminator albo CD, wypada srednio 5, moze 6 minut na ucznia.
W czasie tych pieciu lub szesciu minut uczen udowodnic musi ze posluguje sie angielskim plynnie – na tyle na ile pozwala poziom entry1 lub entry2, czyli poczatkujacy. Musi pokazac, ze CHCE rozmawiac z egzaminatorem i swoim kolega/kolezanka. I musi zademonstrowac zasob slownictwa.
I dlatego dalam bana na ‘that’s it’.
Uczniowie na pytanie - instrukcje typu ‘tell me about your family’ odpowiadali: ‘I have a wife and two children, that’s it.’A mieli mowic przez dwie minuty! 
Poza tym, ‘that’s it’ to przekaz dla egzaminatora, ze uczen nie chce mowic, brakuje mu pewnosci siebie, plynnosci i umiejetnosci komunikowania sie z innymi - punkty za komunikacje leca na leb na szyje. Stad moja walka z tym zrotem. Powtarzam na lekcjach do upadlego: Nie wiesz co wiecej powiedziec – przestan mowic i czekaj na egzaminatora, by zadal ci pytanie, ale nie dawaj znaku, ze mowic nie chcesz.
A teraz moze mniej zrozumialy zakaz dotyczacy ‘nice’. Tym razem chodzi mi o zasob slownictwa. Powiedzmy, ze uczen przelamal ta bariere plynnosci i chce mowic o rodzinie przez te wymagane w pierwszej czesci dwie minuty. I co slyszymy:
‘I have a nice family. I have a wife. She is very nice. And I have two children, they are also very nice. They go to a nice school and they have a nice teacher. We live in a nice house and my wife is a housewife. She cooks very nice dinners. My mother-in law visits us on Sundays, she is also very nice.’
Rekordzisci (liczylam!) potrafili uzyc ‘nice’ ponad 15 razy w ciagu minuty. Pomijajac bledy gramatyczne, ktore sa na tym etapie notoryczne i nie do unikniecia, pozbawiali sie oni punktow za zasob slownictwa. ‘Nice’ uzyte nawet 100 razy pozostaje jednym slowkiem i jako jedno bedzie oceniane, a wielu assessorow ma na nie alergie, bo slysza je zbyt czesto i automatycznie im sie punkty zeruja, jak uzywacie go na egzaminach.
Pol nocy siedzialam ukladajac cwiczenia rozwijajace zasob przymiotnikow i nastepnego dnia torturowalam nimi uczniow. Chyba dotarlo, bo pod koniec lekcji sami poprawiali kolegow , ktorym ‘nice’ jeszcze sie wyrwalo.
Jutro nastepna grupa:-)


P.S. czy na blogu da sie zamiescic dokumenty w wordzie, albo PDF? Bo tak sobie mysle, ze moglabym udostepnic opracowane przez siebie cwiczenia z angielskiego, jakby ktos chcial sie sprawdzic, powtorzyc cos, dac rodzenstwu, dzieciom, czy cos takiego.

czwartek, 12 lipca 2012

Galaretkowe - raz jeszcze, z przepisem

Jestem na diecie i nie powinnam nawet myslec o slodkosciach, ale wczoraj znalazlam pod starszym postem notatke od Miski z prosba o przepis. Jako ze jej post ma juz kilka ladnych dni i balam sie ze moja odpowiedz, lub nawet modyfikacja starego posta przejda niezauwazone, to zamieszczam przepis w nowym poscie, przepraszajac jednoczesnie, ze sie powtarzam:-)


Składniki
(na dużą tortownicę, ja na ogół robię na małej):
2 paczki długich biszkoptów,
6 galaretek w trzech kolorach
Owoce - świeże i puszkowane
Trochę masła do uszczelnienia tortownicy i przyklejenia biszkoptów do ścianek. 



Sposob przygotowania
1. Dzień wcześniej szykuję część owoców: mrożę truskawki, winogrona oraz pokrojone na drobne kawałki brzoskwinie i ananasy z puszki, uważając żeby się nie posklejały. Nie jest to konieczne - po prostu przyspiesza proces tężenia. 
2. Szykuję galaretki, ale z mniejszą ilością wody i czekam żeby zaczynały tężeć.
3. Szykuję i kroje świeże owoce, które chcę użyć, np banany - ich się nie mrozi.
4. Smaruję tortownicę tłuszczem, zatykając wszystkie nieszczelności i układam biszkopty, pierw ścianki, potem dno, Przycinajac do rozmiaru
5. Szykuję owoce do ozdobienia - jeżeli wiesz, że torcik zostanie zjedzony szybko, to nieważne, ale jeżeli ma leżeć w lodówce dwa-trzy dni to warto zanużyć owoce do dekoracji na moment w galaretce.
6. Wykładam pierwszą warstwę owoców - najlepiej same mrożone, to galaretka zetnie się momentalnie, zalewam tężejącą galaretką.
7.Po stężeniu galaretki powtarzam akcję z kolejnymi warstwami, a później dekoruję i czekam kilka godzin przed podaniem - by galaretka dobrze stężała, a owoce w środku rozmroziły się.
Jezeli chcesz udekorowac bita smietana, to przed samym podaniem.

A tu wiecej zdjec, robiac ten torcik nie czekalam by galaretka zaczela tezec i dlatego biszkopty sa przesiakniete. Torcik wyglada wtedy ladniej i nie ma szansy ze biszkopty beda odpadac, ale jest to tez ryzykowne, bo moga sie zaczac lamac, jesli napuchna za bardzo:

środa, 11 lipca 2012

Fragile

Tak sie zastanawiam, czy oklejenie paczki tasma z czerwonym napisem 'Fragile' nie dziala przypadkiem na panow kurierow i pracownikow sortowni jak plachta na byka.
Wyslalam mamie paczke, zapakowalam tak, ze teoretycznie nawet jajko nie powinno sie stluc, a po otwarciu okazalo sie ze czesc zawartosci byla niezle wgnieciona, jakby z jednego boku ktos tej paczce niezle przywalil. Mamie udalo sie jakos zniwelowac szkody, ale zlosc pozostala - bo zeby uszkodzic metalowy przedmiot, opakowany w babelki, steropian, karton i kilka warstw papieru pakowego, to trzeba to bylo chyba zrobic celowo.
Reszta rzeczy - przede wszystkim smakolyki dla mamy i kota doszly bez problemu. Mama 'zaatakowala' ze zdwojona energia galaretki 'York Fruits' i owoce w zalewie budyniowej Dole'a, a paskud rozpoczal niszczycielskie dzialania od jogurtow rybnych i kurczakowych:-)))

sobota, 7 lipca 2012

Szowinista:-)

Miejsce Akcji:

Lekcja. 

Uczniowie: początkujący płci obojga

Cel: przygotowanie do egzaminu

Przebieg Zbrodni:-)

Egzamin sprawdza głównie płynność wypowiedzi. W tym celu sprawdzam znane słownictwo i w jaki sposób uczniowie je wykorzystują. Poprawiam błędy i wprowadzam nowe słowa i wyrażenia. 

Temat lekcji: Household - gospodarstwo domowe. 

W pewnym momencie, po opisaniu przedmiotów w podręczniku, zadaję pytanie: "What else should you have in the kitchen?" (co jeszcze powinieneś mieć w kuchni?)

Uczniowie pracowicie i w skupieniu wymieniają:

      • Kettle 
      • Slow-cooker
      • Coffee machine
      • Toaster
      • Microwave
I tak dalej, do łyżek i patelni włącznie. W pewnym momencie do wyliczanki dołącza się Abdul i mówi: 
      • Chip pan
      • 1 woman:-)
Widzę, że facet się śmieje, oczy ma uchachane z udanego żartu, tym bardziej że Shaheen, jedyna kobieta na sali, odwróciła się w jego stronę z mordem w oczach. Słowo daję, gdyby wzrok mógł zabijać, to Abdulowi nie pomógł by żaden lekarz:-)
Ja ze śmiechu o mało nie spadłam z krzesła:-) chociaż nie wiem, czy bardziej rozśmieszył mnie Abdul czy Shaheen.  Poradziłam tylko Abdulowi, żeby nie wyskakiwał z takim żartem na egzaminie, jeżeli asesorem będzie kobieta:-) 
Shaheen uspokajała się przez następne dziesięć minut:-)

piątek, 6 lipca 2012

deszcz

Nie, nie pada. 
Leje. 
Dwie minuty na przystanku i można mnie było wyżymać:-)
Samochody wzbijały fontanny wody. I nie dlatego, że chciały kogoś ochlapać, ale dlatego bo nie mają innego wyjścia. 
Nie chciałam iść dzisiaj do pracy. Po pierwsze, mam pod górkę, a więc szłam pod prąd spływającego strumienia, a po drugie - w pracy przecieka dach, czyli pierwsza rzecz, która mnie czekała, to taniec z mopem:-)
W pewnym momencie deszcz przybrał na sile i z tyłu autobusu usłyszałam swojskie: "Ku..a, ja pier...ę":-)
Nienawidzę tego przekleństwa. Zawsze jak je słyszę u znajomych to się pytam: kogo? Niektórzy, a zwłaszcza niektóre, a w szczególności singielki, się obrażają:-)
Ostatnio jednakże współlokatorka zaskoczyła mnie ciętą ripostą: "ja -nikogo,  to ja jestem pierd......na". 
Nie sposób się nie roześmiać, chociaż ogólnie to nie cierpię postępującej wulgaryzacji języka. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy mogli wyrzucić ze słownika połowę czasowników i zastąpić je tak jak na poniższym demotywatorze:

Sama czasem zaklnę, ale nie nadużywam.
Uwielbiam słowa, uwielbiam się nimi bawić, wczytywać w książki nafaszerowane pięknymi słowami, jak keks bakaliami. Dlaczego ludzie odbierają językowi piękno i różnorodność przez zastępowanie wielu wyrazów wulgaryzmami. Nie rozumiem. 
 
Cała Anglia wyglada podobnie, a w ciągu dwóch dni spadło tyle deszczu, co na ogół w dwa miesiące
Kończę pracę. Czeka mnie deszczowy powrót do domu... Ale bez przeklinania:-)

środa, 4 lipca 2012

Big Mistake

Chyba wreszcie zacznę się uczyć na błędach. Chociaż stanowczo wolałabym na cudzych niż na swoich:-)
Dobra rada dla osób na diecie: nigdy nie chodźcie do kina w dzień premiery, szczególnie jeśli jest to akurat ta cholerna Orange Wednesday i wiesz, że kino będzie wypchane po brzegi.
Wszyscy wokół Ciebie coś jedzą, chrupią, mlaskają. Widzisz i czujesz zapach popcornu, hotdogów, nachos z papryczkami jalapenos, para przed Tobą ma po ogromnym deserze lodowym z bitą śmietaną, a kilka foteli dalej siedzi facet siorbiący przez słomkę Twoje ulubione slush puppy...
Ale dzisiaj najbardziej jakoś przeszkadzał mi gość zajadający się nachos z jalapenos. Zapach marynowanych papryczek dobiegał bez problemu do mojego fotela, kusząc i wabiąc.
Przez pół filmu myślałam tylko o nachos z jalapenos.
Cholera, ja nadal o nich myślę...

Recenzja "Spidermana" innym razem, jak obejrzę przy pustej sali, coby się tymi wszystkimi mlaskaczami nie rozpraszać.
;-)


M Cieslik

oops...