wtorek, 30 kwietnia 2013

muzycznie... o uczuciach...

wiem, żałosne,
...ale mniej więcej tak się czułam przez ostatnie kilka miesięcy:



wszyscy mi mówili, że jestem idiotka, że stać mnie na więcej, że facet na mnie nie zasługuje. nie docierało.
aż kilka bardzo niesympatycznych zagrywek ze strony A. otworzyło mi oczy. Do tej pory dawałam sobą manipulować, jak kukiełka. ale i ja mam pewne granice. by opisać to Jego ulubionym językiem fizyki, nastąpiło zmęczenie materiału i struna pękła.  
powoli mi przechodzi i tak się czuję teraz:


to jeszcze nie koniec zmagań, ale chyba jestem na dobrej drodze, by wygrać tę bitwę, bo książę, przy bliższym poznaniu bardzo, ale to bardzo stracił... i z każdym dniem jest coraz mniej ciekawie...
powoli nabieram do tego wszystkiego dystansu, a może niedługo zacznę się z tego śmiać, ale na razie jeszcze słucham głupich sentymentalnych piosenek ;-)

szkoda mi trochę straconego czasu, energii, wysiłku... ale będę się uczyć na błędach. 

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

10 Godzin

Przestałam chudnąć. Nic zresztą dziwnego, bo jem jak prosię -słodycze, lody, czipsy, czekolada.
Za to fajny jest fakt, że mimo tego nadal nie tyję:-)
No bo jednak nadal jestem na diecie. Zupełnie innego rodzaju i trudno nazwać to dietą, ale zawsze. No i chyba działa :-)
Ale po kolei.
Jak zeszłam z Atkinsa (bo to niezdrowe na dłużej niż trzy miesiące) to musiałam zastąpić to czymś innym.
Na początek zaczęłam jeść owsianki na śniadanie, co rano. Mała porcja owsianki zapewniała mi sytość na około pięć - sześć godzin. Ale ile można jeść owsianki? Mi znudziło się po dwóch miesiącach (chociaż jeden z moich współlokatorów je owsianki co dzień, odkąd się wprowadziłam, ale to nudny, stary kawaler, więc może pasują mu nudne śniadania)
Ale ja owsianek miałam dosyć definitywnie, trzeba więc było pomyśleć o czymś innym. I tak uruchomiło mi się kombinowanie i przypomniało mi się, że znalazłam kiedyś w sieci artykuł (niestety, tak dawno temu, że nie pamiętam gdzie i dlatego nie mogę podlinkować), w którym autor opisywał wyniki eksperymentu pokarmowego na szczurach.
Otóż podzielono gryzonie na dwie grupy: jedna miała dostęp do karmy całą dobę, druga tylko osiem czy dziesięć godzin na dobę. Co ważne, jedzenia nie limitowano, ani nie modyfikowano kalorycznie w żaden sposób. Szczury w grupie pierwszej roztyły się, a te w drugiej pozostały szczupłe.
Ja wiem, że nie ma w tym żadnej Ameryki -sporo diet zaleca zjedzenie ostatniego posiłku przed, dajmy na to, osiemnastą, co, pomiędzy kolacją a śniadaniem następnego ranka daje sporą przerwę.
Mój problem polegał niestety na tym, że jestem nocnym markiem i w okolicy godziny jedenastej-dwunastej włącza mi się straszne ssanie. Na głodno nie usnę, prędzej kogoś zabiję.
Jednak te badania wykazywały jasno, że pora dnia, w której się jada, nie ma aż takiego znaczenia!
I kiedy zastanawiałam się, co tu zrobić, żeby na wadze nie przybrać, przypomniałam sobie właśnie ten artykuł. Trybiki w mózgownicy popracowały i doszłam do następującego wniosku: rezygnuję ze śniadań :-)
W ten sposób, dość rygorystycznie zresztą, przestrzegam jedzenia pomiędzy pierwszą po południu i jedenastą w nocy. Czasem oczywiście zdarzą się odstępstwa, na przykład ktoś poczęstuje mnie czymś smacznym około północy :-)
I tak sobie funkcjonuję, jedząc około pierwszej, szóstej i po dziesiątej :-)
Nie odmawiam sobie w zasadzie niczego: posiłki smażone, pełne węglowodanów, słodycze, lody.
Wiem, zaraz ktoś mnie zakrzyczy, że niezdrowo, że śniadanie być musi.
Ale pomyślcie w ten sposób:
Jem tak od stycznia, w ten sposób straciłam jeszcze kilka kilo.
Ja fizycznie nie dam rady nie jeść wieczorem, po prostu MUSZĘ coś przekąsić przed snem.
Teraz już wprawdzie nie chudnę, za dużo słodyczy, ale i nie tyję. No i nie muszę mojego dziennego zapotrzebowania kalorycznego rozciągać na czternaście do osiemnastu godzin, tylko na osiem do dziesięciu (sypiam około pięć, może sześć godzin na dobę).
Przyznam się, że zarzuciłam ćwiczenia, najpierw lenistwo, potem drobna kontuzja ( biegnąc z górki, w pantoflach na obcasiku, przy pełnej prędkości, poleciałam na mor... to znaczy twarz, rozwalając sobie obydwa kolana i łokieć). Powoli się goję, kolana już mnie nie bolą, ręka jeszcze trochę. Jak się trochę ociepli (tu w Yorkshire mamy zabójcze temperatury rzędu ośmiu - dziesięciu stopni Celsjusza. W porywach do dwunastu, ale za to wiatr tak silny, że urywa głowę) to zacznę chodzić na spacery. I może wreszcie dokończę te kilka postów o okolicznych atrakcjach, które zaczęłam w zeszłym roku ;-)
A brak aktywności fizycznej to jeszcze jeden powód, by ograniczyć ilość spożywanych kalorii :-(
A na koniec kolejne zdjęcie motywacyjne: ja w spodniach sprzed roku :-)



poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Konkurs u Jasnej :-)

Rozśmieszył mnie konkurs u Jasnej. Nie żeby sam w sobie był śmiesany czy coś. Nie mam bynajmniej na myśli niczego złego.
Rozśmiesza mnie ocena szans mojego własnego Paskuda w wyżej wymienionym konkursie.
Przyjaźń między kotami? Geralt najchętniej rozszarpałby gardziołka wszystkich okolicznych kotów, co by tylko który nie ośmielił się do nas zagadać :-)
Oto filmik ilustrujący uczucia jakimi Geralt darzy inne koty:
Filmik został zrobiony na Wielkanoc tego roku. Po zachowaniu Geralta na tym filmiku nie widać, że jest już mu coraz bliżej do kociego raju. widać całą furię i złość, bo wredny to on czasem potrafi być:-)
Drugi kot wlazł na balkon po drabince Geralta. Musiałam ją podnieść, bo ciągle wracał, a chore serduszko i płucka nie wytrzymywały kolejnych ataków histerii i bałam się że mi kot padnie w pół wrzasku :-(
Takze, wszystkim oglądającym oznajmiam, że NIE zgłaszam Geralta do udziału w konkursie u Jasnej. Za to zamierzam kibicować wszystkim zgłoszonym kotom :-)

środa, 13 lutego 2013

Znajdź Różnicę :-)

Kropka.

Życzę Ci, A., żebyś się kiedyś zakochał tak jak ja w Tobie. Żeby dała Ci złudzenie bycia kochanym, potrzebnym i nadzieję na coś wspaniałego.
I żeby Ona, kimkolwiek by nie była, potraktowała Cię potem tak jak Ty mnie.
...
Wiem, to podłe, życzyć źle komukolwiek, ale z tego co wiem, jak do tej pory to A. był zawsze stroną rzucającą, więc nie wie jak czuje się osoba porzucona. Może to właśnie by mu się przydało...

Przepraszam za przerwę na blogu. Ale nie mam siły ani energii na nic.
Dietę trzymam, dużo ćwiczę. Więcej płaczę, ale tak, żeby nikt nie widział.
Najgorsze jest to, że nie jestem w stanie znienawidzieć, czy choćby znielubieć A.
Zaczynam za to nienawidzić siebie samą.
Za to że jestem taka słaba i że byłam aż tak głupia.
Że dałam się aż tak zmanipulować.
Że się zakochałam...

Najgorsze jest to, że nie mam żadnej odporności i wogóle sobie nie radzę z sytuacją.
Większość osób przeżywa pierwszą, głupią miłość mając lat 15, może 16, a nie 38 i w moim wieku martwi się raczej o dzieci, a nie o zakochanie.
Dlatego jeżeli czasem napiszę coś dziecinnego lub niedojrzałego to przepraszam.
Mamie nie mogę się żalić - za bardzo się denerwuje. Przyjaciele są w Polsce i kontakt z nimi jest utrudniony.
Zostaje blog i blogowicze.
Trzymajcie za mnie kciuki i życzcie ozdrowienia i powrotu rozsądku.
I żeby nigdy więcej tak nie zgłupieć ;-)

wtorek, 8 stycznia 2013

fajerwerki

Jako dzieciak lubiłam fajerwerki... taki fajny huk i te kolory...
Nazwijcie mnie skąpiradłem, ale przestałam fajerwerki lubić mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zorientowałam się ile one kosztują... Toż przecież logiczniej wydać na nową kieckę, torebkę czy nową książkę.
Później sąsiedzi wzięli sobie psa. Fredzio, na oko mieszaniec pudla i jamnika i pewnie czegoś tam jeszcze, umierał co roku słysząc wystrzały.
Potężny wilczur kuzynów, Trop, przeżywał śylwestra przytulony do swojej pani, trzęsąc się jak osika.
Kolejny pies sąsiadów, Rawana, chowała się w łazience, w wannie, nafaszerowana różnymi prochami.
Geralt - pierwszy rok siedział wlepiony w szybę, zapatrzony i zafascynowany feeria kolorów, ale od kolejnego roku zachowywał się już jak typowy zwierzak: wtulony w buty na dnie szafy.
Te wszystkie opisane wyżej zwierzęta miały pomoc i wsparcie ze strony właścicieli.
A co ze zwierzętami bezdomnymi?
Przecież one też się boją, też drżą ze strachu słysząc huk, a na dodatek siedzą same, głodne i zziębnięte.
Pomyślałam o tym w tym roku, gdy przed Sylwestrem robiłam zakupy w Biedronce, a w oczy rzuciło mi się stoisko z petardami. Wiedziałam, że to drogi interes, ale że aż tak - to nie zdawałam sobie sprawy. I tak w tym roku jakoś pomyślałam, nie o butach, ani torebkach ale o zwierzakach:
"Przecież za jedną dużą petardę można by było kupić kilka worków suchej karmy i rozsypać to po osiedlach."
Za tą pierwszą myślą przyszły następne: można by te bezdomne koty podleczyć, wybudować im domki, wysterylizować/wykastrować. Gdyby zamiast wydać trzy stówy na jakąś rakietę i kilkanaście sekund huku i kolorowych wystrzału, wydać je na wspomożenie zwierzaków, które same sbie przecież pomóc nie mogą. A one przecież odwdzięczyłyby się, choćby zmniejszeniem populacji szczurów i myszy na naszych osiedlach.
W tym roku pomyślałam o tym za późno, bo w Sylwestra, ale może warto by coś zrobić, jakoś rozpropagować pomysł, i namówić ludzi do patrzenia na te nasze i nie-nasze biedne zwierzaki.
To co wybierzemy na zakupach za rok:

 Bo ja już wiem...

piątek, 14 grudnia 2012

taka gruba kobieta ;-)

Robie sobie kilka dni temu zakupy w polskim sklepie. Polskim jedynie z nazwy - wlasciciele to Kurdowie :-)
Podchodze do lady z zakupami, place, mowie dziekuje i widze ze sprzedawca sie nad czyms mocno zastanawia. Patrze pytajaco i slysze: "Can I ask you one question?"
No pewnie ze moze, wyjmuje sluchawki z uszu, co by lepiej slyszec i czekam.
Widac, ze facet nie bardzo wie co powiedziec i zastanawia sie. W koncu pytanie pada i brzmi mniej wiecej tak:
"-Some months ago there was a woman here doing shopping, she looked like you, but very fat?"
Widac, ze facet speszony, no bo to moze byc troche niegrzeczne w koncu zeby pytac o tusze, jeszcze klientke straci i co wtedy?
Co mialam robic? Usmiechnelam sie i potwierdzilam, ze tak to bylam ja.
"-Exercise?"
Na to odpowiedzialam, ze glownie dieta.
Facet sie usmiechnal, pochwalil, pogratulowal schudniecia :-)
Fajnie, jak nawet zupelnie obcy ludzie dostrzegaja zmiany na lepsze i potrafia czlowiekowi pogratulowac :-)

czwartek, 6 grudnia 2012

pomidorki w ciescie

Czasem tak mam, ze zobacze gdzies jakis przepis i musze go wyprobowac.
Juz. Teraz. Natychmiast.
Nie mam odpowiednich naczyn? Nie szkodzi, kupi sie.
Nie mam polowy skladnikow?
Schodze trzy supermarkety i kilka sklepikow po drodze, a w najgorszym przypadku zastosuje zamienniki.
Zupelnie nie zgadza sie z zalozeniami mojej diety - raz mozna zgrzeszyc, a poza tym, znajda sie jakies ofiary do wyprobowania moich kulinarnych zapedow ;-)

Tak bylo i tym razem, chociaz nie az tak dramatycznie, jako ze tylko musialam dokupic naczynka zaroodporne (to znaczy nie musialam, bo cos by sie tam znalazlo, ale chcialam :-) i dokupic pomidorkow (ktore i tak bym kupila, ale w mniejszych ilosciach)

Przepis znalazlam na YouTube, o tutaj:
W ramach moich wlasnych modyfikacji dodalam proszku do pieczenia,zeby ciasto bylo pulchniejsze, a zamiast swiezej bazylii dodalam bazylie i oregano w proszku (nie moglam sie powstrzymac przed dodaniem oregano - jestem fanka akurat tej przyprawy) No i jeszcze pieklam kilka minut dluzej niz w przepisie :-)
A tak wygladal produkt gotowy w moim wykonaniu:

wyszlo piec miseczek, ale piata byla nie od kompletu, wiec nie zasluzyla na pobyt na zdjeciu :-)
Smakuje rewelacyjnie, zarowno na cieplo, jak i na zimno. Smakowalo wszystkim, ktorzy sie zalapali.
Na drugi dzien, jak ciasto nie jest juz takie swieze, to daje sie bardzo ladnie wyjac z foremki. Moge na prawde goraco polecic. Proste i szybkie w wykonaniu i rewelacyjnie wyglada :-)
Przepisu nie podaje, bo bardzo fajnie wyjasniony na filmiku :-)



sobota, 24 listopada 2012

22 going on 14 :-)

A oto moja para dżinsów z przed pół roku i czarne spodnie kupione dzisiaj.
Opakowanie polopiryny, dołączone by wykazać rzeczywistą różnicę ma 105 mililitrów długości. Przede mną jeszcze długa droga, zwłaszcza z doprowadzeniem sylwetki do ładu, ale pomyślałam, że pochwalę się pierwszymi spodniami w rozmiarze 14 :-)

czwartek, 22 listopada 2012

sorowka z pomidorow

Nie jest to przepis, tylko sposob podania. Lubie jak jedzenie ladnie wyglada na talerzu :-)
Mialo byc dla kolegi, ale w koncu zjadlam sama ;-)

oops...