Caly tydzien bylam w rewelacyjnym humorze. Po pierwsze,
zaczelam cwiczyc i dobrze sie z tym czuje. Nie daje jeszcze rady zrobic pompek,
ale ku wlasnemu zdziwieniu daje rady robic brzuszki. Przestalam sie meczyc przy
podejsciach pod gorke, nawet jak ide marszem, a gorka jest stroma. W poniedzialek,
w drugim biurze firmy, w ktorym nie bylam od lat, dwie osoby mnie nie
rozpoznaly :-) We wtorek, po raz drugi w ciagu ostatniego miesieca
poproszono mnie o dowod jak kupowalam napoje wyskokowe :-) a jak zaczelam
wyjasniac, ze mogliby podwoic limit, a ja jeszcze bym sie spoko zalapala, to mi
pani w sklepie powiedziala ze bardzo mlodo wygladam i mam mloda cere :-) ale dowod nadal musialam pokazac :-)
Dzisiaj wreszcie waga wskazala 90kg. Czyli od 25 czerwca,
kiedy to waga wskazywala 106.9 udalo mi sie schudnac 16.9kg. Jezeli zalozymy,
ze chce dobic do 70kg, to jesli mnie moja matematyka nie zawodzi (a jak zawodzi
to prosze o poprawienie), to mam za soba 45% diety. Zdaje sobie oczywiscie
sprawe, ze teraz sie zaczna schody, ale staram sie tym nie przejmowac :-)
Ale...
Zawsze musi byc jakies ale...
Zadzwonilam do mamy, zeby sie pochwalic 90kg na wadze. Nasza
rozmowa wygladala mniej wiecej tak:
-
Ja sie chcialam pochwalic, ze wreszcie dobilam
do 90
-
Jak to?
-
No, waga wskazuje dokladnie 90kg. Dziewiec,
zero, przecinek, zero!
-
O, to dobrze.
-
No to jestem prawie na polmetku, teraz bedzie
gorzej bo musze dobic do celu, czyli siedemdziesieciu.
-
Wystarczy do osiemdziesieciu, do
siedemdziesieciu ci sie nie uda.
-
Mama, jak mozesz mi mowic takie rzeczy, ty mnie
powinnas wspierac.
-
No ale nigdy ci sie do tej pory nie udalo, tyle
razy bylas na diecie.
-
Ale nie powinnas mi mowic takich rzeczy, to ma
byc z twojej strony motywacja?
-
No moze nie powinnam, ale mowie jak mysle.
W tym momencie podziekowalam mamie za to, ze uwaza mnie za
nieudacznika, wymowilam sie obowiazkiem powrotu do pracy, zakonczylam rozmowe i
rozplakalam sie.
Moze przesadzam, ale nie rozumiem, jak mozna cos takiego
powiedziec wlasnej corce. I najgorsze, ze mama nie widzi z tym problemu, uwaza
ze wolno jej mowic co chce, bo ma 74 lata i na starosc wolno jej wszystko, bo,
jak sama mowi ‘niedlugo i tak umrze’. Czyli ja nie moge miec o nic pretensji,
bo niby, wpedzam ja do grobu.
Kocham moja mame i uwazam, ze jest wspaniala osoba i ze
miala ciezkie zycie z moim tata i przede wszystkim z jego rodzina, ale tego
typu teksty z jej strony po prostu mnie rozwalaja. Nie jest to pierwszy tekst
tego typu, ani zapewne ostatni. Tyle razy klocilysmy sie o to, co mi mowi i jak
mnie tym rani. Zawsze bylo, ze przesadzam, albo ze chce ja wpedzic do grobu i
to ja musialam ustepowac. Dzisiaj byl tekst, ze na pewno ktos inny mnie
zdenerwowal, i zadzwonilam, zeby na niej wyladowac zlosc. Guzik prawda – jak napisalam
u gory, bylam w niesamowitym humorze, rano przed wyjsciem do pracy wydurnialam
sie z M. i I., w autobusie do pracy usmiechalam do wszystkich ludzi, w Tesco
ogladalam przyrzady gimnastyczne i planowalam co i w jakiej kolejnosci kupic, a
na ebayu wystawilam kilka pozytywow.
Dopiero rozmowa z mama spowdowala ze odechcialo mi sie
wszystkiego.
Wiem, ze powinnam sie uodpornic, ale nie wiem jak...
Sorry, ze tak sie rozpisalam, ale musze to z siebie wyrzucic.