Jestem na diecie i nie powinnam nawet myslec o slodkosciach, ale wczoraj znalazlam pod starszym postem notatke od Miski z prosba o przepis. Jako ze jej post ma juz kilka ladnych dni i balam sie ze moja odpowiedz, lub nawet modyfikacja starego posta przejda niezauwazone, to zamieszczam przepis w nowym poscie, przepraszajac jednoczesnie, ze sie powtarzam:-)
Składniki
(na dużą tortownicę, ja na ogół robię na małej):
2 paczki długich biszkoptów,
6 galaretek w trzech kolorach
Owoce - świeże i puszkowane
Trochę masła do uszczelnienia tortownicy i przyklejenia biszkoptów do ścianek.
Sposob przygotowania
1. Dzień
wcześniej szykuję część owoców: mrożę truskawki, winogrona oraz
pokrojone na drobne kawałki brzoskwinie i ananasy z puszki, uważając
żeby się nie posklejały. Nie jest to konieczne - po prostu przyspiesza
proces tężenia.
2. Szykuję galaretki, ale z mniejszą ilością wody i czekam żeby zaczynały tężeć.
3. Szykuję i kroje świeże owoce, które chcę użyć, np banany - ich się nie mrozi.
4. Smaruję tortownicę tłuszczem, zatykając wszystkie nieszczelności i układam biszkopty, pierw ścianki, potem dno, Przycinajac do rozmiaru
5. Szykuję
owoce do ozdobienia - jeżeli wiesz, że torcik zostanie zjedzony szybko,
to nieważne, ale jeżeli ma leżeć w lodówce dwa-trzy dni to warto
zanużyć owoce do dekoracji na moment w galaretce.
6. Wykładam pierwszą warstwę owoców - najlepiej same mrożone, to galaretka zetnie się momentalnie, zalewam tężejącą galaretką.
7.Po
stężeniu galaretki powtarzam akcję z kolejnymi warstwami, a później
dekoruję i czekam kilka godzin przed podaniem - by galaretka dobrze
stężała, a owoce w środku rozmroziły się.
Jezeli chcesz udekorowac bita smietana, to przed samym podaniem.
A tu wiecej zdjec, robiac ten torcik nie czekalam by galaretka zaczela tezec i dlatego biszkopty sa przesiakniete. Torcik wyglada wtedy ladniej i nie ma szansy ze biszkopty beda odpadac, ale jest to tez ryzykowne, bo moga sie zaczac lamac, jesli napuchna za bardzo:
czwartek, 12 lipca 2012
środa, 11 lipca 2012
Fragile
Tak sie zastanawiam, czy oklejenie paczki tasma z czerwonym napisem 'Fragile' nie dziala przypadkiem na panow kurierow i pracownikow sortowni jak plachta na byka.
Wyslalam mamie paczke, zapakowalam tak, ze teoretycznie nawet jajko nie powinno sie stluc, a po otwarciu okazalo sie ze czesc zawartosci byla niezle wgnieciona, jakby z jednego boku ktos tej paczce niezle przywalil. Mamie udalo sie jakos zniwelowac szkody, ale zlosc pozostala - bo zeby uszkodzic metalowy przedmiot, opakowany w babelki, steropian, karton i kilka warstw papieru pakowego, to trzeba to bylo chyba zrobic celowo.
Reszta rzeczy - przede wszystkim smakolyki dla mamy i kota doszly bez problemu. Mama 'zaatakowala' ze zdwojona energia galaretki 'York Fruits' i owoce w zalewie budyniowej Dole'a, a paskud rozpoczal niszczycielskie dzialania od jogurtow rybnych i kurczakowych:-)))
Wyslalam mamie paczke, zapakowalam tak, ze teoretycznie nawet jajko nie powinno sie stluc, a po otwarciu okazalo sie ze czesc zawartosci byla niezle wgnieciona, jakby z jednego boku ktos tej paczce niezle przywalil. Mamie udalo sie jakos zniwelowac szkody, ale zlosc pozostala - bo zeby uszkodzic metalowy przedmiot, opakowany w babelki, steropian, karton i kilka warstw papieru pakowego, to trzeba to bylo chyba zrobic celowo.
Reszta rzeczy - przede wszystkim smakolyki dla mamy i kota doszly bez problemu. Mama 'zaatakowala' ze zdwojona energia galaretki 'York Fruits' i owoce w zalewie budyniowej Dole'a, a paskud rozpoczal niszczycielskie dzialania od jogurtow rybnych i kurczakowych:-)))
sobota, 7 lipca 2012
Szowinista:-)
Miejsce Akcji:
Lekcja.
Uczniowie: początkujący płci obojga
Cel: przygotowanie do egzaminu
Przebieg Zbrodni:-)
Egzamin sprawdza głównie płynność wypowiedzi. W tym celu sprawdzam znane słownictwo i w jaki sposób uczniowie je wykorzystują. Poprawiam błędy i wprowadzam nowe słowa i wyrażenia.
Temat lekcji: Household - gospodarstwo domowe.
W pewnym momencie, po opisaniu przedmiotów w podręczniku, zadaję pytanie: "What else should you have in the kitchen?" (co jeszcze powinieneś mieć w kuchni?)
Uczniowie pracowicie i w skupieniu wymieniają:
- Kettle
- Slow-cooker
- Coffee machine
- Toaster
- Microwave
I tak dalej, do łyżek i patelni włącznie. W pewnym momencie do wyliczanki dołącza się Abdul i mówi:
- Chip pan
- 1 woman:-)
Ja ze śmiechu o mało nie spadłam z krzesła:-) chociaż nie wiem, czy bardziej rozśmieszył mnie Abdul czy Shaheen. Poradziłam tylko Abdulowi, żeby nie wyskakiwał z takim żartem na egzaminie, jeżeli asesorem będzie kobieta:-)
Shaheen uspokajała się przez następne dziesięć minut:-)
piątek, 6 lipca 2012
deszcz
Leje.
Dwie minuty na przystanku i można mnie było wyżymać:-)
Samochody wzbijały fontanny wody. I nie dlatego, że chciały kogoś ochlapać, ale dlatego bo nie mają innego wyjścia.
Nie
chciałam iść dzisiaj do pracy. Po pierwsze, mam pod górkę, a więc szłam
pod prąd spływającego strumienia, a po drugie - w pracy przecieka dach,
czyli pierwsza rzecz, która mnie czekała, to taniec z mopem:-)
W pewnym momencie deszcz przybrał na sile i z tyłu autobusu usłyszałam swojskie: "Ku..a, ja pier...ę":-)
Nienawidzę
tego przekleństwa. Zawsze jak je słyszę u znajomych to się pytam: kogo?
Niektórzy, a zwłaszcza niektóre, a w szczególności singielki, się
obrażają:-)
Ostatnio jednakże współlokatorka zaskoczyła mnie ciętą ripostą: "ja -nikogo, to ja jestem pierd......na".
Nie
sposób się nie roześmiać, chociaż ogólnie to nie cierpię postępującej
wulgaryzacji języka. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy mogli wyrzucić
ze słownika połowę czasowników i zastąpić je tak jak na poniższym
demotywatorze:
Sama czasem zaklnę, ale nie nadużywam.
Uwielbiam
słowa, uwielbiam się nimi bawić, wczytywać w książki nafaszerowane
pięknymi słowami, jak keks bakaliami. Dlaczego ludzie odbierają językowi
piękno i różnorodność przez zastępowanie wielu wyrazów wulgaryzmami.
Nie rozumiem.
Cała Anglia wyglada podobnie, a w ciągu dwóch dni spadło tyle deszczu, co na ogół w dwa miesiące.
Kończę pracę. Czeka mnie deszczowy powrót do domu... Ale bez przeklinania:-)
środa, 4 lipca 2012
Big Mistake
Chyba wreszcie zacznę się uczyć na błędach. Chociaż stanowczo wolałabym na cudzych niż na swoich:-)
Dobra rada dla osób na diecie: nigdy nie chodźcie do kina w dzień premiery, szczególnie jeśli jest to akurat ta cholerna Orange Wednesday i wiesz, że kino będzie wypchane po brzegi.
Wszyscy wokół Ciebie coś jedzą, chrupią, mlaskają. Widzisz i czujesz zapach popcornu, hotdogów, nachos z papryczkami jalapenos, para przed Tobą ma po ogromnym deserze lodowym z bitą śmietaną, a kilka foteli dalej siedzi facet siorbiący przez słomkę Twoje ulubione slush puppy...
Ale dzisiaj najbardziej jakoś przeszkadzał mi gość zajadający się nachos z jalapenos. Zapach marynowanych papryczek dobiegał bez problemu do mojego fotela, kusząc i wabiąc.
Przez pół filmu myślałam tylko o nachos z jalapenos.
Cholera, ja nadal o nich myślę...
Recenzja "Spidermana" innym razem, jak obejrzę przy pustej sali, coby się tymi wszystkimi mlaskaczami nie rozpraszać.
;-)
M Cieslik
Dobra rada dla osób na diecie: nigdy nie chodźcie do kina w dzień premiery, szczególnie jeśli jest to akurat ta cholerna Orange Wednesday i wiesz, że kino będzie wypchane po brzegi.
Wszyscy wokół Ciebie coś jedzą, chrupią, mlaskają. Widzisz i czujesz zapach popcornu, hotdogów, nachos z papryczkami jalapenos, para przed Tobą ma po ogromnym deserze lodowym z bitą śmietaną, a kilka foteli dalej siedzi facet siorbiący przez słomkę Twoje ulubione slush puppy...
Ale dzisiaj najbardziej jakoś przeszkadzał mi gość zajadający się nachos z jalapenos. Zapach marynowanych papryczek dobiegał bez problemu do mojego fotela, kusząc i wabiąc.
Przez pół filmu myślałam tylko o nachos z jalapenos.
Cholera, ja nadal o nich myślę...
Recenzja "Spidermana" innym razem, jak obejrzę przy pustej sali, coby się tymi wszystkimi mlaskaczami nie rozpraszać.
;-)
M Cieslik
sobota, 30 czerwca 2012
Kinomania
Nie wiem, czy już wspomonałam, ale ja wręcz namiętnie chodzę do kina. Potrafię być w kinie nawet trzy razy w tygodniu.
Kino
uwielbiam od zawsze. Nic dziwnego - jednym z pierwszych filmów, który
pamietam z dużego ekranu było 'Imperium Kontratakuje'.
Wtedy,
trzydzieści lat temu, w świecie bez komputerów, xboxów, z dwoma
programami w czarnobiałym telewizorze (z których jeden pokazywał przez pół
dnia obrady sejmu, czy też zebrania PZPR), to była prawie magia:-)
Siedmioletnie
dziecko siedziało na takim filmie przez bite dwie godziny, zapominając
nawet o tym, że chce mu się siusiu, wpatrzone w ekran z otwartą buzią. I
tak mi zostało:-)
Nadal chodzę do kina
ile się da, by oderwać się na chwilę od rzeczywistości, zapomnieć o
całym świecie, pracy, zmartwieniach, obowiązkach...
Na
szczęście nie kosztuje mnie to aż tak dużo: jedna z sieci kin oferuje
'sieciówkę'. Za cenę mniej więcej dwóch biletów miesięcznie chodzę do
kina ile i kiedy chcę:-)
W związku z tym dzisiaj krótkie recenzje dwóch filmów, które widziałam w tym tygodniu: 'Pact' i 'Red Lights'.
Omijając
pokusy związane z rozlicznymi restauracjami przyczajonymi w sąsiedztwie
kina, wybrałam się we wtorek na film. Był to dramat kryminalny z
elementami paranormalnymi, lub na odwrót: horror z elementami kryminału.
I
trzeba przyznać, że połączenie tych dwóch gatunków wyszło filmowi na
dobre. Widz nie wie kiedy i z której strony spodziewać się ataku.
Zaskoczenie co do motywu i przebiegu zaginięć daje powód do niepewności.
Jedynie koniec przewidywalny, ale z tym można się pogodzić.
Aktorzy stosunkowo mało znani, jedynym, którego kojarzyłam był Casper Van Dien (to z czasow kiedy gral w 'Starship Troopers' - jednej z bardziej zmasakrowanych adaptacji klasycznej fantastyki), ale wypadli przekonująco.
Film
polecam; nie jest to wprawdzie arcydzieło o super ambicjach, ale
zwykły, aczkolwiek bardzo dobrze zrobiony film, troszkę bardziej
kameralny i przez to inny od typowych produkcji naszych czasów, a rezyser wie jak budowac i podsycac napiecie u widza:-)
Kontynuując
filmowo, w środę znowu poszłam do kina. Tym razem pojechałam do
Cineworld w Bradford, bo w Wakefield nie grali tego co chciałam.
Kontynuując
paranormalnie, po kryminale przeplatanym wątkami nadprzyrodzonymi,
wybrałam się na dramat obyczajowy z wątkiem sensacyjnym (uwielbiam takie
misz-masze gatunkowe).
W
filmie tym grupa naukowców-sceptyków pod przewodnictwem charyzmatycznej doktor Margaret Matheson (niesamowita Sigourney Weaver) śledzi zjawiska
nadprzyrodzone i obserwuje ludzi twierdzących, że posiadają niezwykłe
moce i umiejętności, w celu zdemaskowania oszustów.
W
rolę głównego przeciwnika grupy, którego zdemaskowanie stawia sobie za
punkt honoru asystent doctor Matheson, mlody fizyk Buckley, wciela się Robert De Niro.
Film jest świetnie zrealizowany, nie ma jakichś niesamowitych efektów specjalnych, ale wszystko jest na swoim miejscu, a bohaterowie sa latwi do polubienia i identyfikowania sie z ich postawami.
De Niro rewelacyjny - az ciarki przechodza jak sie patrzy na kreacje przez niego stworzona.
Znowu - goraco polecam, swietna rozrywka.
Chociaz ja oczywiscie rozumiem, ze w Polsce macie piekna pogode i w zwiazku z tym, ciekawsze sposoby spedzania wolnego czasu niz siedzenie w kinie przez dwie godziny :-)
piątek, 29 czerwca 2012
zapiekanka z brukselką
Miało być o czymś innym (mam szkice do trzech postow i pomysly na kilkanascie innych), ale wyszło mi dzisiaj rewelacyjne śniadanie, więc znowu będzie o jedzeniu:-)
- 140g pokrojonej piersi z indyka - -152kcal (mogłoby być trochę mniej, ale akurat taką miałam porcję w zamrażarce)
- 80g brukselki - 46kcal, węglowodanów 5g
- 20g sera Feta - 53kcal, węglowodanów 0.2
- Sól, pieprz, koperek
- 251kcal
- Węglowodanów 5.2g
- Mięso umyć i osuszyć. Gdybym tak rygorystycznie nie liczyła kalorii to jeszcze bym je lekko podsmażyła by kawałki się nie posklejały.
- Przyprawić solą, pieprzem i koperkiem,
- Do naczynia żaroodpornego włożyć umyte i osuszone brukselki, a pomiędzy nimi poutykać kawałki mięsa,
- Na wierzchu ułożyć pokrojoną Fetę i posypać odrobiną koperku,
- Owinąć naczynię folią -albo przykryć jeśli macie z pokrywką i wstawić do nagrzanego piekarnika,
- Po dwudziestu minutach usunąć folię/pokrywkę i piec dalsze dwadzieścia minut do pół godziny,
- Gdyby nie węglowodany (i tak jest ich dużo w tej cholernej brukselce), to zjadłabym z chlebem czosnkowym i sałatką z pomidorów.
Pieczona brukselka ma zupelnie inny smak niz gotowana. Powiedzialabym, ze mocniejszy, bardziej intensywny. Jest fajnie chrupiaca na wierzchu i cudownie soczysta w srodku. Goraco polecam.
Aż nie mogę uwierzyć samej sobie, że jako dziecko NIENAWIDZIŁAM brukselki:-) W przedszkolu był to jeden z moich dwóch koszmarów obiadowych:-)
Teraz mogłabym się zajadać samą brukselką, a że muszę liczyć węglowodany to limituję sobie do 80g na porcję:-(
wtorek, 26 czerwca 2012
Zapiekanka - wersja light
Kupiłam sobie w sobotę w Debenhams na wyprzedaży pojemniczki żaroodporne.
I oczywiście, już w niedzielę musiałam ich użyć:-)
Wyszło super pysznie i dietetycznie :-)
Składniki na dwie porcje:
- Pokrojone mięso z piersi indyka 140g - 150kcal, węglowodanów nil
- Pokrojona chuda wieprzowina 120g - ok 210kcal, węglowodanów nil
- Cukinia 200g - 36 kcal, węglowodanów 6g
- Papryka 80g - 28kcal, węglowodanów 5.5g
- Pomidorki bez skórki 60g - 18kcal, węglowodanów 3.1g
- Chili marynowane w occie i winie - łyżeczka -ok 5kcal, węglowodanów 0.2g
- Ser żółty 40g, Leicester i Cheddar, ok 150kcal, węglowodanów 0.2g
- Sól, pieprz
- Razem:
- 597 kcal
- Węglowodanów 15g
To dwie porcje, czyli jedna:
- 298kcal
- Węglowodanów 7.5g
Jak przyrządzić:
- Wszystkie składniki poza serem wymieszać i włożyć do foremek, a foremki owinąć folią aluminiową i włożyć do nagrzanego piekarnika.
- Po półgodzinie usunąć folię, by mięso i warzywa odparowały nadmierną wilgoć i zrumieniły się
- Po kilkunastu minutach posypać startym lub pokrojonym serem i piec do rozpuszczenia.
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Pochodnia Olimpijska
Ja
wiem, że w Polsce wszyscy jeszcze żyją Euro, ale w UK powoli zaczyna
się olimpijski szał. Szał ów jest umiejętnie podsycany przez bieg
posłańców niosących ogień olimpijski. Trasa obejmuje całą UK i jest
bardzo dokładnie datowana. Bieg rozpoczął się 19 maja i zakończy 27
lipca, a weźmie w nim udział 8000 ludzi niosących ogień.
Dzisiaj rano trasa przebiegała przez Batley, czyli przez miejsce mojej pracy:
Musiałam
wprawdzie wcześniej przez to wstać, by przyjechać wcześniejszym
autobusem (bałam się korków), ale raz w życiu to nie szkodzi, wyśpię się
innym razem ;-)
Pochodnia miała być w moim sąsiedztwie ok. 9.40, ale tłum zaczął zbierać się już przed dziewiątą.
I wmieszałam się w różnokolorowy, upstrzony brytyjskimi i angielskimi flagami tłum:
Po chwili czekania zaczęło się.
A
potem, po kilku minutach oczekiwania woz fotoreporterow:
I zaraz potem biegacz z pochodnią. Młody, uśmiechnięty chłopak. Przebiegł, pomachał do wszystkich i pobiegł dalej:
Potem jeszcze przejechał autobus z jego zmiennikami.
I zaraz potem biegacz z pochodnią. Młody, uśmiechnięty chłopak. Przebiegł, pomachał do wszystkich i pobiegł dalej:
Potem jeszcze przejechał autobus z jego zmiennikami.
Powoli, nie spiesząc się, ludzie zaczęli się rozchodzić do domów...
Podobają
mi się takie imprezy - ludzie wychodzą, rozmawiają z sąsiadami, jest
dobry nastrój i pozytywne nastawienie. Nawet do policji ludzie się
uśmiechają!
A tu filmiki z YouTube:
Dodam jeszcze, że osoby wybrane do niesienia ognia stają się właścicielami zużytych pochodni. I nie wiem co sądzić o tym:
Ja bym chyba wolała zatrzymać taką pamiątkę dla siebie. Chociaż z drugiej strony, najdroższa sprzedała się za ponad £150000 :-o
Niedziela na luzie
Po długim i stresującym tygodniu (patrz środa) postanowiłam zafundować sobie w niedzielę totalny luz-blues.
Wstałam tak późno, że aż wstyd :-)
Zrobiłam i zjadłam pyszne śniadanie:
Ogarnęłam się trochę, popałętałam po domu, poukładałam to i owo w pokoju,a w końcu spakowałam jedzenie do lunch-boxu:
Lunch-box i wodę do plecaka, a zakupiony wczoraj bochenek chleba do siatki i poszłam w świat.
Najpierw dojechałam do centrum, zawadziłam o parę sklepów, a potem ruszyłam w moim ulubionym kierunku, czyli Sandal Castle.
Po
drodze minęłam średniowieczny most z zachowaną średniowieczną kaplicą,
strzegącą dawnego wjazdu do miasta. Dawniej było ich cztery w samym
Wakefield i mnóstwo rozsianych po Anglii. Dziś zachowały się cztery w
całej Anglii:
Po dotarciu do Sandal połaziłam po ruinach:
Zajrzałam do fosy, która ku mojemu zdziwieniu zaczęła napełniać się wodą (efekt tygodniowych opadów):
A potem ruszyłam w kierunku jeziora: Obeszłam jezioro, po drodze karmiąc łabędzie i kaczki:
Z drzew nad jeziorem najbardziej chyba lubię tą wierzbę, jest taka swojska:
Potem skierowałam się do domu, wybierając trasę przez trzy połączone ze sobą parki, dla ulatwienia bedziemy je nazywac 'Thorne Park' od najwiekszego.
U wejścia do parku pysznił się taki klomb:
Zakładam, że wyładnieje za parę tygodni, jak zakwitną wszystkie kwiaty.
Parki
różnią się od tych zapamiętanych z Polski. Nie ma ciasno wytyczonych
alejek, łazi się po trawie, są duże przestrzenie. Na jednej z polan
pyszni się ogromny rozłożysty dąb:
Trawa
w parku jest regularnie koszona. Po pierwsze w ten sposób ludziom nie
brudzą się końcówki nogawek i widać czy nie ma jakiś przeszkód, o które
można się potknąć. Po drugie, łatwiej wyzbierać śmieci, a właścicielom
psów jest łatwiej posprzątać po swoich pupilach. I w parku i nad
jeziorem rozstawione są kosze na psie kupki.
W parku też znajduje się staw z kaczkami. Ponadto jest tam wydzielony skatepark i plac zabaw dla dzieci.
Plac zabaw jest ogrodzony i ma zamykaną furtkę, tak by nie mogły wejść tam psy.
Do
domu wróciłam podczas meczu, szybko wrzuciłam mięso do piekarnika i
poszłam wziąć gorącą kąpiel. Zeszłam na dół akurat by zobaczyć kolejkę
karnych. Moi współlokatorzy kibicowali Anglii, ja Włochom ;-)
Szybko zjadłam malutką kolację i poszłam spać.
To był bardzo miły dzień...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























